Nie wiem kiedy odleciała, ale nie było jej dłuższy czas.
11:08 - 11:12 rozglądała się z poręczy.
O 11:40 zjawiła się znowu z dużym łupem. Tym razem wskoczyła do środka bez problemu.
Maluchy jadły przykładnie, potem już się rozeszły po budce, ale głównie jeden był długo chętny. Po około 25 minutach już sama skubała kostki, ale dostrzegła że w tym bałaganie zawieruszył się spory kawał łupu. Powyrywała pióra i podała temu co trwał na posterunku (nie pióra, tylko nieco treściwsze kęsy, choć i spore pióro też trafiło do dzioba malucha).
O 12:30 wyszła na poręcz, znowu przyozdobiona piórkiem.
Wczesnym popołudniem tata chyba wreszcie wstał, bo o 13:05 zjawił się na końcu barierki z łupem.
Wanda odebrała, wniosła do budki, a on odleciał. Posiłek niewielki, więc został zjedzony, choć niedawno był podany znacznie obfitszy.
Ciekawe, ale jadł głównie jeden i nie wiem, czy nie ten, co się udzielał przy poprzednim karmieniu. W każdym razie wyszedł z tego samego kąta, co znikł wcześniej tamten
Wanda zakończyła karmienie o 13:15. Zaraz wyniosła z budki zagubionego wśród piór całego jerzyka. Nie wiem, kiedy on tam się znalazł, już przy poprzednim karmieniu widziałam ten czarny kształt i zastanawiałam się co to.